fbpx

Rozpoczęcie roku szkolnego za nami. Kiedy opadnie kurz przygotowań, dzieci zaczną powoli rozeznawać się w nowych realiach. Do dobrego rozpoczęcia tego etapu w życiu rodziny potrzebne jest świadome przygotowanie się dorosłych do nowej roli – bycia rodzicem ucznia. Bądźmy gotowi na pytania typu „po co mam chodzić do szkoły?” czy „dlaczego muszę się tego uczyć?”. Pomocne będzie przemyślenie jaki sens dla mnie ma edukacja szkolna, czemu ma służyć ten wieloletni wysiłek, który podejmuje moje dziecko, w końcu jakie będzie moje zadanie w tym okresie. Porządkując swoje nastawienie i emocje możemy stać się autentycznym wsparciem dla dziecka w wyzwaniach, które niewątpliwie przed nami.

Zatem po co moje dzieci idą do szkoły? Dla mnie punktem wyjścia jest refleksja, że szkoła to nie tylko matematyka, polski czy fizyka. Szkoła jest tym co dzieje się między lekcjami, wśród uczniów oraz w głowie i sercu dziecka. Szkoła jest ważnym etapem wprowadzania młodego człowieka w realia naszej rzeczywistości. Często pierwszym momentem zetknięcia się z tak dużą grupą rówieśników i starszych dzieci, samodzielnego zmierzenia się z systemem oczekiwań i ocen, odnajdywania swojego miejsca w zróżnicowanym środowisku. Jest okazją dla rodziców do obserwowania nastawienia jakie dziecko ma podejmując wyzwania, jak sobie radzi z niepowodzeniami, na ile ma rozwiniętą empatię i samoakceptację. To bardzo ważne, żeby dostrzegać całość zmagań szkolnych dziecka i jego doświadczeń w tak złożony sposób. Przychodzi mi tutaj na myśl pytanie, które postawiła Margaret Heffernan, przedsiębiorca i autorka książki Beyond Measure, grupie młodych dyrektorów badając efektywność firm: „Z kim się przyjaźnicie w pracy?”. Przyprawiło ich to o osłupienie i ze zdumieniem tłumaczyli się, że nie ma na to przecież czasu, są zbyt zajęci, a to byłoby nieefektywne. Natomiast doświadczeni prezesi firm, którym udało się pokonać kryzysy, jako element pozwalający im przetrwać trudności wymieniali przyjaźnie i dobre relacje międzyludzkie, nie systemy czy procedury. Heffernan puentuje, że wciąż tak trudno nam zrozumieć, że tego, co się najbardziej liczy, nie da się zmierzyć.

W Wielkiej Brytanii w latach trzydziestych XX w. przeprowadzono eksperyment, podczas którego w niektórych szkołach nauczyciele nie uczyli dzieci matematyki, aż do szóstej klasy. Dostali polecenie, aby pierwsze lata poświęcili na naukę czytania, rozumowania i mówienia oraz na rozmowy o wszystkim, co dotyczyło i interesowało uczniów. W tym okresie nauczyciele prowadzili też praktyczne zajęcia, w których dzieci posługiwały się pomiarami i liczbami w odniesieniu do otaczającej je rzeczywistości (szacowanie odległości, wysokości etc.).  Prowadzący badania edukator i badacz Louis P. Benezet[1], miał przekonanie, że to wpłynie na zdolności rozumowania oraz komunikacji dzieci. Na początku 6 klasy uczniowie objęci eksperymentem gorzej radzili sobie ze szkolnymi testami, co było do przewidzenia, gdyż tradycyjne testy szkolne nie wymagały krytycznego myślenia, a jedynie odtwarzania wyuczonych działań. Jednak już w połowie kwietnia te dzieci wyrównały zaległości, a na koniec czerwca znacznie wyprzedzały pozostałe dzieci w radzeniu sobie z zadaniami matematycznymi. Jak się okazało rok nauki arytmetyki wystarczył, aby opanować program i osiągać co najmniej równie dobre wyniki z testów szkolnych oraz zdecydowanie lepiej radzić sobie z wykorzystywaniem matematyki do rozwiązywania problemów w realnym życiu. Było to możliwe dzięki odstąpieniu od wkuwania na pamięć wzorów, ułamków i tabliczki mnożenia na korzyść rozwijania krytycznego myślenia i późniejszego wprowadzania zadań ilustrujących reguły matematyczne.

Benezet kontynuował swoje badania przez kolejne lata osiągając bardzo dobre wyniki w nauczaniu dzieci oraz formułując cenne wnioski. Szkoda, że niemal 100 lat po jego eksperymencie nie korzystamy w szkołach z jego dorobku. Jednak pomimo obszernej listy zastrzeżeń do dzisiejszego systemu edukacji szkolnej wciąż bardzo wiele zależy od nas, rodziców i naszej kultury rodzinnej, za którą sami jesteśmy odpowiedzialni w naszym domu. Czekając na potrzebne zmiany w edukacji, możemy samodzielnie wiele nauczyć swoje dzieci. Przekazywać im ważne dla nas wartości i wzmacniać w nich cechy, które pozwolą odnaleźć się w życiu. Możemy dawać świadectwo swoim postępowaniem w trudnych sytuacjach, pokazując jak wyciągać wnioski z porażek i konstruktywnie je przeżywać. Możemy promować nastawienie na rozwój u naszego dziecka doceniając wszystkie podejmowane wysiłki i próby. Nie interesować się tylko ocenami i efektami pracy, ale także strategiami radzenia sobie z problemami, liczbą generowanych pomysłów, sposobem planowania pracy czy określaniem swoich potrzeb podczas nauki.

Zastanawiam się też nad tym, czego naprawdę będą potrzebować dzieci, gdy po wielu latach intensywnej nauki zakończą edukację szkolną. Kreatywność, innowacyjność, odwaga, umiejętność budowania sojuszy – to są coraz częściej wymieniane umiejętności potrzebne w świecie zmieniającym się bez przewidywalnego schematu. Wszystkie można zdobyć na przysłowiowym podwórku, którego współczesne dzieci są coraz częściej pozbawione na rzecz kolejnych zajęć, kursów, warsztatów. Dlatego tak ważne jest dbanie o równowagę, postrzeganie rozwoju dziecka holistycznie, nie tylko przez pryzmat przedmiotów w szkole. Dzieci od bardzo wczesnego wieku są wrażliwe na wartości, które manifestujemy w swoim zachowaniu. Bardziej lub mniej świadomie dajemy im sygnał co się dla nas liczy, co jest godne pochwały, co jest cenne w życiu. Tym samym wciąż pytając po szkole „masz coś zadane?” czy „były oceny?”, wysyłamy sygnał, że to jest właśnie istotą szkolnej przygody i tym jedynie jesteśmy zainteresowani.

Rozumiem, że życie rodziców też jest złożone, pełne oczekiwań i presji. Nie sugeruję dążenia do ideału za każdą cenę i w każdym momencie. Mamy prawo mieć gorszy dzień, nie mieć cierpliwości na rozmowę, potrzebować ciszy. Autentyczność, emocje i stawianie granic przez rodziców są dzieciom równie potrzebne, co ich uważność i cierpliwość. Jednak warto znaleźć chociaż kwadrans dziennie, może godzinę w weekend na rozmowę, jaką proponuje Jesper Juul: „Dialog to nic innego, jak wspólne spotkanie, w czasie którego każdy jest ciekawy drugiej strony i tego, co ma ona do powiedzenia. Do takiego dialogu podchodzi się bez uprzedzenia i wyznaczonych z góry celów.” W moim odczuciu nie planujemy świadomie takich chwil, w których każdy w rodzinie może być sobą i czuć się z tym bezpiecznie. I mam przekonanie, że jeśli celowo nie wpiszemy ich w swój grafik, to życie samo nie stworzy nam takich okazji; zbyt jesteśmy dzisiaj zabiegani.

Na koniec warto uzmysłowić sobie, że etap edukacji szkolnej jest niejako kuźnią charakteru. Jeśli ukształtujemy w okresie wczesnoszkolnym u dzieci pęd za doskonałością, konkurowanie z innymi, nieustanny bieg po więcej, będą funkcjonować według tego schematu również później w dorosłym życiu. Uwierzą, że zasługują na szacunek dopiero, gdy osiągną coraz bardziej wyśrubowane cele. Pozwolą na warunkowanie swojej godności osiąganymi przez siebie wynikami i będą przedkładać efekty nad relacje czy wymiar etyczny swojego postępowania. Natomiast ucząc dzieci, że nie zawsze muszą być najlepsze, spełniać oczekiwania i osiągać więcej niż inni, możemy oszczędzić im w przyszłości problemów, które niesie ze sobą obsesja perfekcjonizmu. Możemy wyposażyć je w wartości, które będą je wspierać w dorosłym życiu, pomogą budować dojrzałe relacje. Dzisiaj właśnie taki jest dla mnie sens doświadczeń, które niesie ze sobą edukacja szkolna. Ken Robinson na pytanie “Po co jest edukacja?” odpowiada: Aby umożliwić uczniom zrozumienie świata, w którym żyją i talentów, jakimi zostali obdarowani, tak, by stali się spełnionymi ludźmi i aktywnymi, pełnymi współczucia nauczycielami.

A jaki dla Ciebie jest sens edukacji Twojego dziecka?


[1] L. P. Benezet (1935/1936) The teaching of Arithmetic: The Story of an Experiment