fbpx

Pamiętacie radosne wakacje dzieci z Bullerbyn? Pełna swoboda, beztrosko płynący czas, zabawy i przygody w gronie przyjaciół. Ten świat niestety przemija i trudno teraz o takie warunki dla dzieci, gdzie mogłyby przez wiele tygodni w nieskrępowany sposób bawić się, odkrywać świat, korzystać z otaczającej przyrody – jezioro, las, owoce prosto z drzew.

Nie tylko to się zmienia. Wakacje dzieci z Bullerbyn to także stabilność i bezpieczeństwo, przewidywalność i rytm, ograniczona i znajoma przestrzeń oraz otoczenie, a także oszczędnie płynący strumień informacji spoza ich rzeczywistości ograniczonej do zagrody północnej, południowej i zachodniej. Jedynie gazeta czytana regularnie dziadziusiowi była źródłem informacji z dalekiego świata i toczących się w nim wydarzeń, które następnie były wspólnie omawiane.

Dzisiaj dzieci są poddawane nieprzerwanie oddziaływaniu stresu – przedszkole, szkoła, zajęcia dodatkowe. Na to nakładają się oczekiwania, ocenianie i ciągły pośpiech. Przez większość czasu dzieci funkcjonują pod dużym obciążeniem stresu, który się w nich kumuluje. Dodatkowo w wolnym czasie dzieci są dalej przytłaczane licznymi bodźcami – dziesiątki książeczek, setki zabawek, wszechobecne ekrany i szum informacyjny. Nie możemy się spodziewać, że to pozostaje bez wpływu na rozwój i dobrostan dzieci. Coraz młodsi ludzie popadają w apatię, depresję. Coraz większa liczba małych dzieci dotknięta jest zaburzeniami uwagi oraz przejawia inne psychosomatyczne objawy.

A gdyby tak kumulatywnie odciążyć dzieci od przytłaczającego je stresu? Czy dzisiaj jest możliwe zapewnianie dzieciom beztroskich i stabilnych warunków rozwoju?

Takie pytania zadał sobie Kim John Payne – edukator, konsultant, doradca szkół i rodzin, badacz, twórca i dyrektor organizacji the Simplicity Project, która wspiera rodziców i szkoły w odkrywaniu co zaburza naszą relację ze sobą i otaczającym nas światem. Jego blisko 30 letnie doświadczenia pokazują, że „uproszczenie” życia dzieci – ograniczenie bodźców, szumu informacyjnego, nieprzewidywalności – przywraca przytłoczone rzeczywistością dzieci do życia. Wyrywa je z apatii, ukazuje ich prawdziwe uzdolnienia, ogranicza hiperaktywność i wynikające z niej zaburzenia. Kiedy dzieci czują się bezpiecznie w swoim otoczeniu, a ich tryb życia jest przewidywalny i powtarzalny, spada poziom adrenaliny i kortyzolu. Stają się bardziej wyciszone, radosne, skupione. W swojej pracy Kim John Payne poprzez upraszczanie, oczyszczenie, ograniczanie bodźców w otoczeniu dziecka w ciągu 4 miesięcy wyprowadzał 68% (!) dzieci z zaburzeń m.in. ADD i ADHD. „To jak z napełnianiem szklanki – kiedy kran jest wciąż otwarty, woda będzie przelewała się górą” – mówi K.J. Payne.

Poprzez stosowane przez siebie metody, Payne dowiódł, że wprowadzając więcej równowagi w życie rodziny pozwalamy dzieciom ujawniać swój potencjał, a to, co było szufladkowane jako zaburzenie może okazać się jego mocną stroną. Na przykład hiperaktywność może obrócić się w kreatywną energię, gdy stworzymy ku temu odpowiednie warunki. Również Simon Sinek, autor książki Zaczynaj od dlaczego, mówił o obracaniu wyzwań w mocne strony powołując się na swoje doświadczenia szkolne. Jako dziecko miał zdiagnozowany zespół ADD (zaburzenia koncentracji uwagi) przez co miał problemy ze skupieniem, bardzo słabo czytał. Dzięki tym wyzwaniom nauczył się zdawać dociekliwe pytania, aby uzupełniać braki wiedzy czerpiąc od nauczycieli i kolegów. Z czasem doskonale opanował sztukę zadawania trafnych pytań, wyrobił się na doskonałego słuchacza. Jak sam mówi: „Rozwiązania, które znalazłem, by uporać się z moimi wyzwaniami stały się moimi prawdziwymi mocnymi stronami.”

– OK, ale czy to mi jest w ogóle potrzebne, jeśli w mojej rodzinie wszystko jest w porządku? Dzieci nie mają zaburzeń, lubią swoje zajęcia i same proszą o więcej. Inaczej będą się nudzić!

Wielu rodziców ma takie zastrzeżenia, gdy mówi się o przeładowaniu dzieci bodźcami – zabawkami, zajęciami, informacjami. Kiedy się zastanowimy z czym my musieliśmy się zmagać w młodości, a na co eksponowane są dzisiaj nasze dzieci, dostrzeżemy zapewne znaczące różnice. Przedszkole, szkoła, dom – każde otoczenie zarzuca dzieci swoimi oczekiwaniami, każde stawia wyzwania i narzuca intensywny grafik. Często wydaje nam się, że dzieci właśnie tego potrzebują – kolejnych wyzwań, zadań. Jednak warto się zastanowić, czy nie jest to nerwica, w którą wpycha nas współczesna cywilizacja. Ciągle więcej, głośniej, szybciej. Nietrudno uzależnić się od wysokiego poziomu adrenaliny, wtedy faktycznie spokojne spędzanie czasu w domu na kreatywnej zabawie jest nie tylko niewystarczające, ale również staje się niemożliwe. Dzieci są uzależnione od silnych wrażeń, a okresy ciszy przyprawiają je o niepokój. Wtedy wszystkim jest trudno w domu wytrzymać i najłatwiejszym rozwiązaniem wydają się kolejne zajęcia, zabawy, wyzwania.

Należy się jednak zastanowić, czy ciągłe pobudzanie do wysokiej aktywności i zewnętrzne bodźce mocno oddziałujące na dziecko są właściwym otoczeniem, które sprzyja rozwojowi indywidualnych cech i talentów. Jak możemy rozwijać swoją ciekawość, kreatywność, zainteresowania, gdy nie mamy czasu na swobodną zabawę, doświadczenia, odkrycia? Jak wyrabiać wytrwałość i zaradność, gdy ciągle działamy według sztywno ustalonego grafiku i podążamy wyznaczonymi dla nas ścieżkami? Dzieci ćwiczą te umiejętności podczas swobodnej zabawy, rozwijają w ten sposób swoje naturalne zdolności i mają one znacznie większą moc, gdy pochodzą z wnętrza i są zakorzenione we własnych doświadczeniach, niż kiedy są kolejną wyuczoną lekcją narzuconą z zewnątrz.

Problem pojawia się, kiedy w naszym codziennym pędzie przestajemy w ogóle dostrzegać trudności z jakimi zmagają się nasze dzieci i reagujemy tylko na zewnętrzne, końcowe objawy przeciążenia ich – trudne zachowania, nagromadzone emocje, nieradzenie sobie z codziennością. Rozwiązaniem stosowanym na problemy z nauką często jest zorganizowanie dziecku dodatkowych zajęć. Propozycją na ciągłe pobudzenie – kolejne aktywności, które mają „zmęczyć” dziecko, umożliwić mu „wyszalenie się”. A często rozwiązanie jest proste, bezkosztowe i dostępne od ręki. Do tego właśnie odnosi się tytuł książki K. J. Payne, a można to przetłumaczyć jako upraszczanie życia rodziny poprzez z jednej strony ograniczanie bodźców takich jak hałas informacyjny, nadmiar zajęć i aktywności, otaczających przedmiotów, zabawek, sprzętów. Z drugiej zaś strony upraszczanie polega na porządkowaniu rozkładu dnia dziecka, zwiększaniu powtarzalności a przez to przewidywalności rytmu życia. To pozwala dziecku zamiast miotania się jak we mgle, poruszać się pewniej, jak z użyciem mapy. Dzięki temu dziecko rozumie lepiej co się wokół dzieje i zna następujące po sobie pory dnia i właściwe im czynności, łatwiej mu rozłożyć swoje siły na zabawę, skupienie i odpoczynek, orientować się w swoich potrzebach takich jak głód, sen, zmęczenie. W takich warunkach niedojrzały system nerwowy lepiej funkcjonuje i lepiej się rozwija pozwalając na bardziej świadome i kontrolowane reakcje na to, co się wokół dzieje.

I naprawdę nie chodzi o zrobienie od razu rewolucji w funkcjonowaniu całej rodziny. Można zacząć od małych kroków, pomyśleć, gdzie można ograniczyć nadmierne obłożenie dziecka. Czy każde dodatkowe zajęcia faktycznie służą dziecku i pozwalają mu się odpowiednio „zmęczyć i wyszaleć”, czy może powodują nadmierne przemęczenie, które skutkuje wyczerpaniem, nerwowością, problemami z wyciszeniem się i skupieniem?  Czy stos zabawek w pokoju gwarantuje udaną zabawę czy może bezradność i frustrację dziecka, które nie wie czym się zająć, nie ma przestrzeni na kreatywne działanie i przytłacza rozpraszającymi bodźcami?

Warto się też zastanowić, kto tak naprawdę boi się nudy? Badania, pokazują, że nuda trwa najczęściej około 20 minut i jest potrzebna na wyciszenie się, zebranie sił i wygenerowanie pomysłów oraz chęci na nową zabawę. Pozbawiając nieustannie dzieci szansy na spojrzenie wgłąb siebie, zastanowienie się co sprawia im przyjemność i co naprawdę lubią robić, możemy tym samym pozbawić je szansy na odkrycie swoich talentów, uzdolnień, wypracowanie wytrwałości i niepoddawanie się frustracji. Jednocześnie chwila nudy pozwala dzieciom otworzyć się na swoje prawdziwe potrzeby, nie kierowanie się jedynie rozrywkami i zachciankami. Często też dochodzi do głosu potrzeba spędzenia czasu oraz zabawy z rodzicami, co może być okazją do wejścia w świat dziecka i podążania za jego wyobraźnią. To buduje więź z dziećmi, zaufanie i pozwala lepiej się poznać w otoczeniu, które jest wolne od oczekiwań i ocen. Zrozumiałe jest, że rodzice nie zawsze mogą być pod ręką i organizowanie dzieciom zabawy nie jest jedyną receptą na nudę. Kiedy znudzone dzieci domagają się towarzystwa rodziców, pojawia się też okazja do nauki samodzielności, wyznaczania granic, twórczego inspirowania dzieci do odnajdywania swoich zainteresowań oraz radzenia sobie ze zniechęceniem i frustracją. Mając to wszystko na uwadze, nuda może okazać się antidotum na tempo życia, które narzucamy dzieciom. Szczególnie wakacje są dobrym momentem na to, aby zwolnić, wsłuchać się w siebie i w ten sposób być może odkryć w sobie nowe pasje i zainteresowania, dać się porwać fantazji.

Myślę, że wielu rodzicom znane jest doświadczenie, kiedy wspaniały, wymarzony prezent nie spotkał się z zainteresowaniem dziecka dłuższym niż kilka minut, natomiast okazałe tekturowe pudełko, w które był opakowany cieszyło się stuprocentową uwagą przez wiele tygodni zmieniając się kolejno z domku, poprzez rakietę w warsztat mechanika itd. Ponoć kreatywność, wytrwałość i krytyczne myślenie są umiejętnościami, którymi nasze dzieci będą musiały w przyszłości wykazywać się na co dzień w swojej pracy. Paradoksalnie droga do ich rozwijania to nie tylko kolejne zajęcia, warsztaty i atrakcje. Czasami wystarczy chwila nudy, by odkryć ten potencjał w sobie i rozwijać go od wewnątrz.

Źródła:

Kim John Payne: Simplicity Parenting: Using the Extraordinary Power of Less to Raise Calmer, Happier and More Secure Kids oraz wykład autora

Simon Sinek – wykłady, wywiady