fbpx

Życie rodzinne potrafi być wymagające samo w sobie, bez dodatkowych problemów. Na rodzicach ciąży duża odpowiedzialność, nieustannie brakuje nam czasu, żyjemy pod presją zawodową i społeczną. Są wyzwania, na które nie mamy wpływu – w szkole, w pracy, w naszym otoczeniu. Jednak jest też szczególny rodzaj obciążenia, który nakładamy na siebie sami. Bywa wyjątkowo dotkliwy, porusza trudne emocje. A mimo wszystko fundujemy go sobie trochę na własne życzenie. Mam na myśli poczucie winy i wynikającą z niego frustrację. Dlaczego sami stawiamy się w takim położeniu?

Jak to zwykle bywa z kłopotami, które sami sobie fundujemy, jest to pewien mechanizm postępowania, utarte przekonanie na temat tego, co i jak „musimy” robić. Inaczej mówiąc działanie na autopilocie, zaprogramowanym dla nas przez normy społeczne, kulturowe i inne wpływy, którymi nasiąkamy od urodzenia. Ten autopilot, w wielu sytuacjach pomocny, pozwala nam iść do przodu wśród natłoku informacji i obowiązków, ale czasami powoduje, że tracimy uważność i z rozpędu działamy w sposób, który nie służy nam, ani otoczeniu. Jednym z takich przekonań jest konieczność spełniania wszelkich oczekiwań otoczenia, zgadzanie się na wszystko bez baczenia na swoje możliwości. Zaryzykuję twierdzenie, że obciąża ono szczególnie kobiety, mamy, żony. To przekonanie skutkuje problemem z wyznaczaniem własnych granic, komunikowaniem ich w jasny sposób innym, czasami nawet trudność z rozpoznawaniem ich u siebie. To taki wewnętrzny głos podpowiadający, że należy unikać zderzenia swoich potrzeb z oczekiwaniami otoczenia, nawet swoim kosztem. Często dajemy się skusić takim podszeptom, wybierając pozornie najłatwiejsze wyjście z sytuacji – zgodzić się jeszcze raz, pomimo, że nie mam ochoty, powiedzieć, że dam sobie radę, pomimo wyczerpania. Łudzimy się, że łatwiej będzie zacisnąć zęby, żeby oszczędzić sobie konfrontacji w pracy, złości bliskiej osoby albo płaczu dziecka. Jednak kumulowanie takich niewypowiedzianych NIE powoduje coraz większe napięcie, przyprawia z czasem o rozgoryczenie i frustrację, prowadzi do sytuacji, kiedy: „Im bardziej staramy się wszystkim nadskakiwać, tym więcej niechęci do ludzi odczujemy potem. A im więcej wspaniałomyślności chcemy zademonstrować, tym więcej małostkowości znajdziemy w sobie na końcu.”*

„W relacjach między członkami rodziny chodzi nie tyle o to, co robimy, ale przede wszystkim o to JAK i DLACZEGO to robimy. Nie ma powodu sądzić, że jest jakaś właściwa liczba NIE, które należy wypowiedzieć w ciągu dnia. Ale mamy wiele powodów, aby uznać, że zbyt dużo nieszczerych, defensywnych i niepłynących z przekonania TAK może zepsuć relacje między rodzicami i dziećmi.”*

Sytuacja na ogół dotyczy wszystkich obszarów życia – rodziny, pracy, bliskich relacji. Warto przyjrzeć się sobie uważnie, gdyż jeśli nie potrafimy powiedzieć NIE w domu, bardzo możliwe, że również w innych relacjach stawiamy siebie w pozycji, gdzie nasza wartość jest warunkowana przez podporządkowanie się innym. Granica jest cienka, to kwestia bardzo indywidualna i najlepiej wsłuchać się w siebie, żeby ją wytyczyć w zgodzie ze sobą. Być może powiedzenie TAK jest najłatwiejsze dzisiaj, w danej sytuacji – oszczędzi nam trudnych emocji, tłumaczenia, czasu. I to może być prawda! Nie warto zawsze otwierać walki na każdym froncie. Ale jeśli stało się to naszą jedyną strategią przetrwania konfrontacji, to z całą pewnością z czasem ucierpi na tym nasza integralność, dobrostan psychiczny, a także jakość bliskich relacji. Jeśli nie masz w sobie siły, by powiedzieć autentycznie o swoich odczuciach, zrobić coś tylko dla siebie, czasami postawić na swoim, to być może poświęcasz dużą część siebie tam, gdzie nie jest to potrzebne. A nawet oddalasz się od efektów, na których Ci zależy: Jeśli chcesz mieć stabilne, głębokie relacje to możesz zbudować je tylko na autentycznym przekazie, komunikując jasno swoje potrzeby i dając na to przestrzeń drugiej stronie. To wymaga odwagi i wysiłku, fakt. Ale jeszcze więcej wysiłku trzeba wkładać w codzienność, jeśli nie mamy określonych wartości, którymi się kierujemy w swojej rodzinie. To właśnie w takich sytuacjach rodzice poszukują desperacko szybkich rozwiązań: metod eliminowania trudnych zachowań, sposobów na wprowadzenie dyscypliny. To wszystko są jednak powierzchowne działania i nie dotykają sedna relacji – potrzeby dostrzeżenia, uszanowania godności, autentyczności każdego członka rodziny. To wszystko możemy stracić, jeśli nie weźmiemy odpowiedzialności za siebie i swoje potrzeby w odpowiednim momencie.

 „Nie twierdzę, że powinniśmy częściej sobie odmawiać, ale że za mało troszczymy się o nasze indywidualne granice i potrzeby, a potem zrzucamy za to winę na innych. Sztuka mówienia NIE oznacza również umiejętność wzięcia odpowiedzialności za swoje życie – w interesie wszystkich.”*

Rodzicielstwo jest szczególną relacją i początkowo wymaga niemalże całkowitego poświęcenia i podporządkowania swojego życia potrzebom dziecka. Jednak to zazwyczaj dotyczy pierwszych miesięcy życia, może roku. Po tym okresie równie ważne dla rodziców jak i dla rozwoju emocjonalnego dziecka jest, aby przejąć odpowiedzialność za siebie i określać stopniowo swoje granice. Ponadto rodzicielstwo na żadnym etapie nie wymaga wypierania się swoich potrzeb. Tymczasem w obawie przez płaczem, złością, rozczarowaniem dziecka, łatwiej jest nam czasami machnąć ręką na siebie i podążać za żądaniami dziecka. Chcemy oszczędzić dziecku przykrych doznań, dać mu przysłowiową „gwiazdkę z nieba”. Czasami też trudno jest nam znieść presję społeczną i wolimy załatwić sprawę po cichu, chociaż wiemy, że takie tymczasowe rozwiązania narażają nas na większe problemy w przyszłości. Jednocześnie liczymy, że uda nam się oszczędzić sobie samym trudnych emocji związanych z towarzyszeniem dziecku, które krzyczy, płacze, obwinia nas. A dzieci bardzo potrzebują tych trudnych emocji, aby dowiedzieć się, że dadzą sobie radę, że te odczucia są normalne, że są kochane pomimo wszystko.

„Umiejętność troszczenia się o własne potrzeby – bez lekceważenia potrzeb dziecka – charakteryzuje dobre przywództwo w rodzinie. Daje ono dzieciom poczucie bezpieczeństwa i gwarantuje związek oparty na jednakowym szacunku dla obu stron. Związek taki wyróżnia się tym, że obie strony mają jednakową godność – a nie tym, że mają jednakowe prawa i obowiązki, czyli mogą tyle samo.”*

Jeśli rodzic nie zadba w tym zakresie o siebie, swoją integralność, to nie będzie dostępny emocjonalnie dla dziecka w otwarty i szczery sposób. Wspólnie spędzany czas nie zaspokoi w pełni potrzeby bliskości i zainteresowania. Będziemy wysyłać sprzeczne sygnały – tak, jestem tu z Tobą i się uśmiecham, ale w środku gotuję się i jest mi bardzo źle. W takich warunkach dzieci zaczynają tracić zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Im bardziej rodzice odpuszczają swoje granice, tym bardziej dzieci przejmują przywództwo w rodzinie, chociaż nie są na to gotowe (!) i tym bardziej przejawia się to w ich przesadnych zachowaniach. W ten sposób pokazują nam, że brak im podparcia, coś w naszej rodzinie nie działa. Pokazują to swoim zachowaniem, gdyż nie potrafią tego wyrazić inaczej. Odpowiedzialnością rodziców jest, aby odczytywać te zachowania i podejmować problemy, które za nimi stoją. (Dlatego szkodliwe jest stawianie dyscypliny na pierwszym miejscu przed relacją i traktowanie trudnych zachowań, jako problemu samego w sobie, który należy jak najszybciej wyeliminować).

Ja w ten sposób, dzięki swoim dzieciom nauczyłam się odczuwać i komunikować swoje granice. Poczucie winy i frustracja zmusiły mnie do refleksji nad moim zachowaniem i rozważenia, czy faktycznie zabiegając za każdym razem o „gwiazdkę z nieba” wyposażam moje dzieci w to, czego będą w życiu potrzebowały. Zrozumiałam, że chcąc za wszelką cenę uniknąć konfrontacji z dużymi emocjami, zaspakajam pośpiesznie zachcianki dzieci, nie docierając do ich prawdziwych potrzeb. Kiedy zetknęłam się z pedagogiką Jespera Juula dostrzegłam, jak bardzo dzieci potrzebują uczyć się stawiania granic już od najmłodszych lat. Widziałam, jak się zmieniają razem ze mną, doświadczając, że można powiedzieć „dosyć” i utrzymać bliską relację, że odmówienie, kiedy nie ma się na coś ochoty jest właściwym zachowaniem. Jednak nie wystarczą pogadanki i tłumaczenie, jeśli sami postępujemy inaczej. Dzieci uczą się obserwując nas, to nasze postępowanie kształtuje ich postawy. To było dla mnie siłą napędową do zmiany – jeśli ja dbam o siebie w relacji z moimi dziećmi i na innych frontach, to one nasiąkają takim wzorcem zachowania. Łatwiej będzie im zadbać o siebie na placu zabaw, gdzie wszyscy się przepychają, w szkole, gdzie będą wystawione na różne próby przez rówieśników, w pracy, gdzie wiele osób nie zawaha się piąć w górę ich kosztem, jeśli dadzą na to choćby ciche przyzwolenie.

Mam przekonanie, że dzieci potrzebują wszystkich trudnych emocji i potrzebują nas w tych chwilach przy sobie. Czasami właśnie najtrudniejsze jest po prostu towarzyszenie dziecku – nie pocieszanie, zagłuszanie, odwracanie uwagi. Nie oszczędzanie dzieciom płaczu, złości, bólu, tylko obecność ukochanej osoby, kiedy mierzą się z trudnościami. Prawdziwe przeżycie trudnych emocji, przetrawienie ich w obecności kogoś bliskiego jest swoistą szczepionką, na wyzwania, które postawi przed nimi życie. Paradoksalnie, żeby być „twardym” w życiu, musimy mieć do tych emocji dostęp, rozpoznawać je, umieć je wyrażać, czasami zwyczajnie wypłakać. Dzieciom potrzebna jest zachęta: Popłacz sobie! zamiast odwracania uwagi od problemu, żeby oszczędzić łez. W takiej sytuacji dziecko szybko dostaje sygnał, że musi sobie radzić samo, nie ma miejsca na słabość i autentyczność, że trudne emocje należy głęboko ukrywać. To będzie pokutowało w dorosłym życiu, kiedy stanie się nie tyle „twarde”, co zatwardziałe, zamknięte, zablokowane. Wypierane i zamiatane pod dywan trudne emocje będą manifestować się w przesadnych reakcjach, destrukcyjnych zachowaniach, zaburzeniach.

Nie uchronimy dzieci przed prawdziwym życiem i jego wyzwaniami, ale możemy je na to przygotować. Jednym z podstawowych elementów samoobrony emocjonalnej jest właśnie umiejętność stawiania swoich granic i bronienia ich z przekonaniem, że mamy do tego prawo. To wzmacnia zdrowe poczucie własnej wartości i pozwala tworzyć stabilne relacje, będące podstawowym warunkiem poczucia szczęścia. I to jest ta „gwiazdka z nieba”, którą możemy ofiarować dzieciom, gdy bierzemy za siebie odpowiedzialność i dajemy im poczucie bezpieczeństwa. Dlatego, kiedy tego potrzebuję, mówię spokojnie, ale z mocą „Nie chcę” i z zachwytem obserwuję, jak dzieci uczą się z tego korzystać.

*wszystkie cytaty: Jesper Juul – duński pedagog i terapeuta, założyciel Familylab